piątek, 22 maja 2015

1

- I jak trasa? – Lou jak zawsze pyta o to samo. – Wyrwałaś jakiegoś chłopaka? – Rusza znacząco brwiami, na co ja wybucham śmiechem. Cały stres związany z porankiem odchodzi w niepamięć. Mierzwię jej blond grzywę i wchodzę do łazienki. Tak gorący prysznic to wszystko, czego potrzebuję w tej chwili.
Woda spłukuje ze mnie wspomnienia. Może mi się przewidziało? Wcieram szampon we włosy i rozkoszuję się cię zapachem czekolady (mój ulubiony szampon). Mogłabym tak spędzić cały dzień, ale niestety nie jest ni to dane.
                Zdejmuję z wieszaka biały ręcznik i owijam się nim ciasno. Rozglądam się w poszukiwaniu ubrań, ale jedyne, co widzę to kosz z praniem... brawo dla mnie. Zerkam na zegarek na ścianie, nawiasem mówiąc nie mam pojęcia, czemu ciotka go tam powiesiła. Kiedyś powiedziała, że woli mieć zegarek w łazience by nie spędzać w niej tyle czasu. Jest 7.13 czyli za jakieś dwanaście minut powinien być Ian. Muszę się szybko wyrobić. Myję zęby, po czym wychodzę cicho prześlizgując się przez korytarz miedzy moim pokojem, a łazienką. Otwieram drzwi i zamykam je cicho za sobą.
                - Niezłe ciałko... - za mną rozlega się ciche gwizdnięcie. Ze strachu podskakuję i cofając się wpadam na szafkę nocną, z której spada mój telefon i roztrzaskuje się (może nie w drobny mak, ale na pewno będę musiała go restartować).
- Ian! Co ty tu robisz?! – Z przerażeniem przypominam sobie, że jestem jedynie w ręczniku, który sięga mi tylko odrobinę za uda. – Miałeś nie wchodzić do mojego pokoju kiedy mnie nie ma! – Gromię go wzrokiem.
- Spokojnie – przerywa mi i zaczyna się śmiać. – Twoja ciocia mnie wpuściła. Mówiła, że zaraz przyjdziesz... ale nie sądziłem, że na golasa. – Czuję jak pąsowieją mi policzki i jeszcze ciaśniej owijam się ręcznikiem. Nie powinno go tu być... zdecydowanie nie powinno. Za to on się śmieje... bezczelny.
- To nie zmienia faktu, że nie powinieneś tu być.
- No tak, to twoje sanktuarium i tylko ty możesz tu przebywać... - cytuje moje słowa za każdym razem, kiedy chce mnie udobruchać.
- Dokładnie – uśmiecham się, kiedy widzę jak wywraca oczami. – A teraz wyjdź – wskazuję palcem na drzwi.
- Odwrócę się.
- Nie – krzyżuję ręce na ręczniku.
- Okay... czekam w kuchni – Posłusznie wyszedł z pokoju.
Ubrałam się w zwykłą niebieską bluzeczkę z rękawem trzy- czwarte, krótkie spodenki z wysokim stanem. Włosy wysuszyłam jak najszybciej jak potrafiłam i zostawiłam je rozpuszczone. Na szyje zawiesiłam złoty medalion, który dostałam od rodziców w dzień wypadku. Od tamtej pory nie rozstaję się z nim. Jest w kształcie łezki ze skrzydłami anioła wygrawerowanymi na przedniej stronie i ze słowami na tylnej.
„Nic nie dzieje się przez przypadek" – nie mam pojęcia, czemu rodzice podarowali go mi.
Lekko podkreślam moje szaro niebieskie oczy eyeliner'em i mascarą. Usta pomalowałam przeźroczystym błyszczykiem. Jestem gotowa.
Ian siedzi na taborecie przy blacie kuchennym i rozmawia z Lou. Ciocia Nancy kładzie przede mną kanapki. Biorę jedną do ręki i ruchem głowy pokazuję, żeby przeszła ze mną do salonu. Kobieta rusza za mną. Zamykam drzwi i mówię:
- Ciociu... ile razy mówiłam ci o tym, żebyś nikomu nie mówiła, żeby wchodził do mojego pokoju? – Kobieta wygląda na trochę zbitą z tropu, ale i tak się broni.
- Myślałam, że skoro Ian to... - chwilę szukała odpowiedniego słowa – twój chłopak, to może tam wchodzić... - Na te słowa mało nie udławiłam się serem. Chociaż ciotka ma trzydzieści dziewięć lat czasem zachowuje się jak sama nie wiem... raz jak nastolatka, innym razem jak babcia, która podejrzewa wszystkich i wszystko o chodzenie.
- Nie ciociu. Przecież już ci mówiłam nie raz, że kocham Iana, ale tylko jak brata... - Ian to mój najlepszy przyjaciel. Znamy się od piaskownicy
- Dobrze, rozumiem kochanie. – Podeszła do mnie i przytuliła mnie lekko.
Wyszłyśmy z pokoju i zastałyśmy Iana stojącego przy drzwiach. Szybko założyłam beżowe botki z płaską podeszwą, złapałam torebkę ostatni raz sprawdzając czy mam wypracowanie z historii i telefon. Klucze włożyłam do kieszonki w torbie i zarzuciłam na siebie letni płaszczyk. Ruszyliśmy z Ian'em  przez podwórze przed domem.
- Od czego dzisiaj zaczynasz? – chłopak przerywa ciszę panującą pomiędzy nami.
- Chemii. A ty?
- Angielskiego, masakraaaa... - z tego co pamiętam Ian nigdy nie lubił Angielskiego, ale żeby tak od razu masakra...
- O czym napisałaś wypracowanie dla profesor Truman? – Profesor Truman to nasza nauczycielka historii.
- O reformach wprowadzonych przez Lincolna. – odpowiadam, na co chłopak prycha.
- Po co się tyle przepracowywać? Przecież powiedziała, że ma być wybrany temat z Historii Stanów Zjednoczonych w XIX wieku... Ja napisałem o migracji ludzi w tamtym okresie. To było sto razy łatwiejsze. – Cały Ian... uczy się dobrze, ale zrobi wszystko byle by się nie przepracować.
Droga do szkoły zeszła nam w bardzo przyjemnie. Ian odprowadził mnie pod szafkę i sam ruszył do swojej sali. Wyjęłam z szafki podręczniki di przedmiotu i poszłam do klasy. Zajęłam moje stałe miejsce i przygotowałam wszystko, co było potrzebne. Dziś mieliśmy używać mikroskopów i oglądać jakieś tkanki.
Lekcje rozpoczęły się pięć minut później. Profesor McRae weszła do sali i poszła znaleźć próbki do mikroskopu. Po chwili już rozkładała je na ławkach. Nagle drzwi do sali otworzyły i pojawiła się w nich chłopak. Ciemne włosy, prawie, że czarne, delikatna, lekko opalona skóra, pełne usta, i błękitne jak niebo oczy...
To nie może być prawda...

1 komentarz:

  1. Dalej...! :D Cudowne.

    Zapraszam do mnie http://opowiadaniagabi.blogspot.com/?m=1

    OdpowiedzUsuń